Tytuł: Pustynna droga;
Fandom: Harry Potter;
Para: na początku jednostronne Dransy (Draco x Pansy)
Rodzaj: drama, hurt/comfort (bardziej hurt);
Ograniczenie wiekowe: bez ograniczeń;
Ostrzeżenia: zignorowanie epilogu;
Beta: Rzan. i Patronuska;
Pustynna droga
Napisała Acrimonia
Wielu uważało Pansy za lalkę. I to brzydką. Czasem nawet nad tym rozmyślała; słowa mówiące, że jest pusta nie były przyjemne, ale zawsze gdy przychodziło jej brać pod uwagę opinię innych ludzi, którzy nieustannie ją krytykowali, zaczynała się prędko irytować. Nie do końca wiedziała, dlaczego to tak na nią działało, jednak najczęściej obwiniała o to rodziców, którzy nie przyzwyczaili jej do krytyki. Czasem wierzyła, że była to również wina Draco, bo wiele niepochlebnych uwag na swój temat słyszała bardzo często ze względu na ich znajomość. Ktoś normalny szybko zakończyłby przyjaźń z chłopakiem, przez którego czuł się gorszy, ale ona przy nim trwała, czym zadziwiała wielu Ślizgonów, w tym i siebie.
Przezwiskom położyła kres wojna, której, mimo poprawy swojej osoby w oczach innych, Pansy nienawidziła z całego serca. Pamiętała o wielu rannych uczniach, o zniszczonej Pokątnej, o zdewastowanym mini-pubie dla młodych czarodziejów, gdzie odbywały się okazjonalnie potańcówki, nawet dla mugolaków, którzy niesamowicie ją drażnili. Żałowała wielu swoich postępków, których dopuściła się w szkole (tego, jak rzucała w innych zaklęciami czy tego, jak sabotowała czyjeś eliksiry na lekcji, przez co Snape karał Gryfonów, obwiniając ich za całe zło i każdy błąd), ale wiedziała, że takie wspominanie i żal nic nie pomoże, a wywoła wyłącznie zły nastrój.
Zawsze miała przy sobie kogoś, kto się nią opiekował i to dawało Pansy przewagę, z której się cieszyła i wykorzystywała, gdy coś nie szło zgodnie z jej planem. Tym kimś zwykle okazywał się Draco, jednak czasem był to też i Blaise. Doceniała ich i traktowała jak przyjaciół, przez co droczyli się z nią, że zachowuje się jak Gryfon, wówczas szybko rewanżowała się mocnym kopniakiem w nogi.
Zawsze miała Draco.
Wiele spraw uległo zmianie po pokonaniu Voldemorta, gdy uniewinniony Malfoy zaczął się od niej odcinać. Pansy nie wiedziała dlaczego. Cierpliwie znosiła jego gierki, uważając, że to jeden z wpływów Czarnego Pana, że jeszcze się z tego nie podniósł, nie wrócił do dawnego siebie, ale nie mając już w nikim oparcia, nie sądziła, że była w stanie temu przeciwdziałać, rozmawiać. Wciąż odwiedzała Narcyzę, dzięki czemu zyskiwała okazję, by chociaż przez chwilę go zobaczyć. Mimo tak częstej gościny, nie spędzał z nią czasu, nie odzywał się poza zwykłym cześć .
Każda taka sytuacja była niewyobrażalnie bolesna dla Pansy, kolejną szpilką dziurawiącą jej serce, ale nie poddawała się, bo miała świadomość jednej rzeczy w swoim życiu, która być może była najbardziej pewna.
Pansy mimo wszystko wierzyła w Draco i w jego rehabilitację ze złych czynów, które popełnił w czasie śmierciożerstwa. Tym większym rozczarowaniem i męką było dla niej patrzenie, jak się, według niej, wyniszczał i że nie mogła mu pomóc.
Punktem kulminacyjnym okazał się moment, gdy wspomniał o narzeczonej. Zarówno jej rodzice jak i Malfoyowie od ich dzieciństwa mówili, że z powodu ich zgodności oraz przyjaźni na pewno staną się kiedyś małżeństwem. Nie przeszkadzało im to, bo rozumieli się naprawdę dobrze i odnajdywali się wzajemnie w swoim towarzystwie. Dlatego też ogromnym zaskoczeniem i rozczarowaniem były słowa, które wypowiedział tamtego pamiętnego dnia.
Naturalnie Draco wiedział, że wtedy przyjdzie, jak co tydzień o tej samej godzinie i tą samą drogą. Zauważył ją już, gdy przekraczała próg ich posiadłości, jednak tym razem nawet się nie przywitał, chociażby w tak oschły sposób, w jaki robił to zazwyczaj. Odwrócił się tylko w stronę swojej matki i powiedział:
— Ostatnią osobą, jaką chciałbym poślubić, jest Pansy. Myślę, że możemy myśleć o Dafne lub Astorii Greengrass.
To była chwila, w której serce Pansy rozpadło się i żadne pokrzepiające oraz przepraszające uśmiechy Narcyzy nie mogły tego złagodzić. W tamtym momencie poczuła, że straciła wszystko, co kiedykolwiek miała.
>>><<<
Draco,
jeśli kiedykolwiek przeczytasz ten list, będzie to znaczyć, że pamiętasz jeszcze o swojej starej przyjaciółce, która prawdopodobnie już nią nie jest. Nie wiem, co się z Tobą stało, a Ty nie dałeś mi nawet szansy, by Ci pomóc. Nie czekałam na cud, ale zwyczajnie nie chciałam Cię stracić, co jednak i tak nastąpiło. Jest mi przykro i chciałabym Cię przeprosić, że zawiodłam.
Twój chłód zaczął mnie niszczyć, a nie chciałam stać się tak destrukcyjna jak Ty, dlatego wyjeżdżam, nie mam teraz niczego, co by mnie tu trzymało. Blaise dawno wyjechał, rodzice nie żyją, a Ty… Nie mam pojęcia, co się z Tobą dzieje. Będę rada, jeśli nie będziesz mnie szukać i przestaniesz ranić wszystkich wokół. Nie bądź takim samolubnym gnojkiem.
Mimo wszystko mam nadzieję, że będziesz szczęśliwy.
Twoja,
Pansy
List był jedyną i ostatnią rzeczą, jaką pozostawiła po sobie w Anglii. W innych kwestiach spaliła za sobą wszystkie mosty. Zastanawiała się, czy postępuje słusznie, ale decyzja zapadła i nie istniał sposób na powrót, nie wycofywała się. Pospiesznie zebrała swoje szpargały (zbyt kosztowne, by przywołać zaklęciem) do niewielkiej torebki, którą uprzednio powiększyła tak, by pomieściły się w niej wszystkie klamoty, których żałowałaby zostawić. W duchu dziękowała za licencję teleportacyjną, dzięki której mogła szybciej uporać się z pozbieraniem swoich rzeczy i nie patrzeć dłużej na swoje pokoje.
Kiedy dopięła już wszystko na ostatni guzik, machnęła niedbale różdżką, powodując, że półprzezroczyste mgiełki uniosły się po pokoju, po czym jakby przylgnęły do wielkich okien. Pansy mogła mieć pretensje do swoich rodziców, ale była im wdzięczna, że nauczyli jej wszystkiego, co wiedzieli o zabezpieczeniach, dzięki którym teraz mogła zostawić starą posiadłość w dobrym stanie, a było to istotne dla potencjalnego kupca.
Jeszcze ostatni raz spojrzała na salon i wzruszyła ramionami, choć nie do końca wiedziała, co ten gest miał znaczyć.
Wyszła, zostawiając pewien rozdział życia za sobą.
>>> <<<
Nowy Jork zaskakiwał Pansy każdego dnia, mimo że mieszkała w nim już od kilku lat. Wiedziała, że nie byłaby w stanie pokochać innego kraju w tak dużym stopniu jak Anglię, ale Stany Zjednoczone również miały swój urok. Uwielbiała amerykańskie sklepy i krajobraz, ale najbardziej podobała jej się pogoda. Klimat odpowiadał jej ponad wszystko, bo był tak odmienny od angielskiego i co najważniejsze, nie był tak ponury.
Od przyjazdu na nowy kontynent usiłowała zmienić swoje życie, zaczynając od znalezienia pracy. Niedawno została dziennikarką dla Magicznego Głosu.
— Parkinson, do mnie! — Usłyszała warczący głos swojego szefa, który wcale nie wyglądał na zadowolonego.
— Tak?
—Nauczyła się, by nie zadawać zbędnych pytań, dlatego z jej ust nie padły słowa typu Czy wszystko w porządku?, Proszę pana, jak mogę pomóc? — to byłoby dla niej samobójstwem, jakie prawie popełniła na początku stażu.
— Zabójstwo na Midsomer Street, granica portalu do naszego świata, już dawno powinnaś tam być! — powiedział twardo, po czym dodał: — Jeśli nie dostanę sprawozdania stamtąd, to nie otrzymasz wypłaty, wyraziłem się jasno?
Nie odpowiedziała, a jedynie przytaknęła gwałtownie głową. Chwilę później wypadła z gabinetu redaktora i, tak szybko jak mogła, pobiegła do pomieszczenia aportacyjnego. Był to ogromny pokój, gdzie znajdowało się wiele portali. Gdy miesiące temu po raz pierwszy tam weszła, nie wiedziała, gdzie ma ruszyć i czuła się zdezorientowana. Teraz już to minęło za sprawą przyzwyczajenia. Podeszła do jednego z wolnych wyłomów, wokół którego roztaczała się pomarańczowa poświata jakby iskierek, które zachwycały ją za każdym razem, i podniosła przykrywę z urządzenia przytwierdzonego do nikłych światełek. Zobaczyła, że niewielki ekran był pusty, czym się ucieszyła, bo w innym wypadku musiałaby resetować ustawienia, a na to nie miała czasu. Wystukała odpowiedni adres i chwilę odczekała. W mgnieniu oka na tabliczce pojawiły się współrzędne.
Zaświeciło się, więc Pansy, może trochę niedbale, przekroczyła portal.
Ten rodzaj transportu wydawał jej się o niebo lepszy niż znane dotychczas świstokliki czy teleportacja, bo był o wiele szybszy i bardziej komfortowy. Nigdy nie odczuwała żadnego rodzaju mdłości czy bólów głowy lub brzucha. Mimo że gdy była zawieszona między jednym miejscem a drugim, przeszywał ją naprzemiennie chłód i uderzenia gorąca, to jednak nie trwało to długo.
Pojawiła się nagle w jednym z otworów, strasząc przy tym kilku nowych funkcjonariuszy Departamentu Porządku Publicznego, którzy jeszcze nie przywykli do nagle pojawiających się kobiet. Przywitała się z komisarzem dowodzącym śledztwem, po czym wypytała go o szczegóły zabójstwa. Początkowo nie był skory do rozmowy, ale po naleganiach z jej strony ostatecznie ustąpił.
— Ofiarą jest turystka, imienia jeszcze nie znamy, ale to ktoś z twoich stron, bo różdżka wykonana z tworzywa, z którego produkowane są właśnie w Wielkiej Brytanii, dlatego obstawiamy to miejsce. Póki co niewiele wiemy, ale pewnym jest to, że nie zginęła od zaklęcia, a od przemocy fizycznej. — Każde słowo było notowane przez samopiszące pióro, które stało się charakterystycznym narzędziem wielu dziennikarzy czy innych pracowników trudzących się słowem pisanym.
— Chce ją zobaczyć — powiedziała stanowczo, co akurat poskutkowało, bo inspektor nawet się nie zająknął i zezwolił na podejście do denatki.
Pansy zauważyła, że kobieta miała ciemne włosy, prawie taki odcień, jaki ona sama posiadała, ale gdzieniegdzie znajdywały się jaśniejsze, jakby brązowe, pasemka, które w zaułku jeszcze bardziej połyskiwały za sprawą wpadających do niego promieni słońca. Twarz zasłaniało wiele pojedynczych kosmyków, nachodzących na powieki. Ubranie miała zwyczajne, takie typowe dla czarownicy, która bratała się w pewnym stopniu z mugolami. Początkowo jej nie poznała, nawet rysy twarzy jej nic nie mówiły, a przecież powinny, bo historię większość rodzin (czystokrwistych rzecz jasna) miała w małym palcu i, nawet nie znając danego osobnika, była w stanie rozpoznać jego przynależność po pewnych cechach charakterystycznych dla danego rodu. Dopiero gdy jeden z patalogów odgarnął kobiecie włosy z czoła, by lepiej zbadać okolice szyi, dostrzegła, że miała przed sobą we ciało Astorii Greengrass.
Była nie tyle zaskoczona, co zdezorientowana, nie wierzyła własnym oczom, że leżała przed nią domniemana narzeczona lub nawet już żona Draco. Starała się nie myśleć o niej w tym kontekście, ale nie widziała innego sposobu wyrażania się. Usiłowała ignorować fakt, że całkiem dobrze znała jej rodzinę i kontynuowała standardową procedurę zdobywania informacji. Przepytała wszystkich sąsiadów, po czym opuściła miejsce zbrodni, by zebrać wywiad. Odwiedziła okoliczne sklepy, ale niczego konkretnego się nie dowiedziała, a w każdym razie niczego, co wykraczałoby poza wiedzę zdobytą przez przedstawicieli czarodziejskiej władzy.
— Dziękuję pani bardzo za informację — odpowiedziała ostatniej przepytywanej kobiecie.
Dopiero po kilku dniach zaczęły do niej napływać wieści od tajemniczych informatorów, którzy dostarczyły jej materiału do skomponowania dobrego i przede wszystkich rzetelnego sprawozdania.
Niedługi czas później na łamach dziennika pojawił się artykuł z prowadzonej sprawy, dzięki czemu zdobyła uznanie nie tylko swojego szefa, ale i innych, lokalnych czasopism. Czuła dumę dzięki swojej pracy, ale nie mówiła tego nawet swojemu mężowi, z którym żyła już przeszło dwa lata. Nigdy nie poruszali tematu prowadzonych spraw przez wzgląd na możliwy konflikt interesów, pracowali przecież w konkurencyjnych korporacjach.
Wtedy też nastąpił przełom i otrzymała wiadomość (sową, przez co wiedziała, że to nie ktoś tutejszych) od Draco. Jego liścik był zwięzły, pamiętała, że nigdy nie rozwodził się nadmiernie, a od razu przechodził do sedna. Rozjuszyła się, ale — tak jak postanowiła — nie odpowiedziała i nie miała takiego planu, przynajmniej w najbliższym czasie. Podobnie uczyniła z następną pocztą; pod koniec tygodnia zebrała się już spora sterta listów, które ostatecznie spalił Frank, widząc z jaką pogardą spogląda na nią jego małżonka.
W końcu się poddała
Z Draco spotkała się w maju, czyli równe pięć lat i siedem miesięcy od jej ucieczki. Nim dotarła do umówionej kawiarni, zastanawiała się, dlaczego postanowił zburzyć jej dobre i wreszcie poukładane życie. Nie pojmowała tego, ale dla świętego spokoju zdecydowała się ustąpić.
Czas nie upływał w dobrej atmosferze, co zresztą przewidziała. Niezręczna cisza przedłużała się.
— Bardziej niż ci się wydaje — odparł. — Śpieszę się.
— Więc… Co u ciebie, Pansy?
Prawie się zaśmiała, gdy skończył zdanie. Było dla niej nierealne to, że po takim odtrąceniu i długiej nieobecności, śmiał zadawać tego typu pytania, jak gdyby nigdy nic. Niedorzeczne!
— Chyba sobie żartujesz, Malfoy. — Skrzywiła się. — Powiedz, czego tak naprawdę chcesz i znikaj.
— Chciałem się z tobą spotkać, byś zostawiła wszystko za sobą. Chciałem ci tylko tyle dać, tylko tyle mogę.
— Wcale nie czuję się uleczona*, Draco. — Prychnęła i siorbnęła zamówioną kawę, wpatrując się w kubek, jakby miało to przynieść jej ukojenie, które jednak nie nadchodziło. Wpatrywała się w jeden punkt, dalej wykonując te same czynności, bo nie chciała spojrzeć na twarz Malfoya. Bała się, że wtedy zmięknie i mu najzwyczajniej w świecie wybaczy, a to ostatnia rzecz, na jaką miała ochotę. — Mam męża, dobrą pracę, nowe życie, po prostu nie psuj mi niczego.
— Przepraszam za wszystko, co zrobiłem. Przepraszam za złamanie ci serca*.
I po tych słowach wyszedł z lokalu, zostawiając samotną Pansy, której po policzkach spływały łzy.
_______________________________________________________*Fragmenty z piosenki Adele — Hello
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz